
Książka
o piercingu - już w sprzedaży!!!
"Tajemnice tatuażu i magia kolczyków"
Jedyna polska książka poświęcona tatuażowi i kolczykowaniu ciała.
W pięknym, starannie opracowanym albumowym tomie znajdziecie:
krótką historię tatuażu i piercingu oraz opinie na ich temat wyrażone przez psychologa, socjologa i filozofa;
kilkadziesiąt listów miłośników zdobienia ciała, ich wrażenia i ciekawe refleksje oraz opisy doznań związanych z tatuażem i kolczykami;
kolorowe zdjęcia tatuaży;
bogato ilustrowane przykłady zastosowania kolczyków w różnych miejscach ciała;
wiele ciekawostek dotyczących tatuażu i piercingu;
szerokie omówienie zasad bezpieczeństwa zabiegów i pielęgnacji;
wywiad na temat przekłuwania ciała przeprowadzony z chirurgiem-plastykiem;
zasady doboru kolczyków i przegląd bezpiecznej biżuterii.
Książkę, przy współpracy wielu doświadczonych specjalistów opracowało wydawnictwo BRYZA, które kilka lat temu oddało w ręce Czytelników poszukiwany do dziś "Tajemniczy Świat Tatuażu". Nowa książka, znacznie bogatsza treściowo i edytorsko, jest odpowiedzią na coraz większe zainteresowanie tematem i liczne listy, jakie ciągle w tej sprawie otrzymujemy. Mamy nadzieję, że Czytelnicy pochłoną ją "jednym tchem" i będą do niej wielokrotnie wracali. Jesteśmy przekonani, że stanie się ona cennym doradcą miłośników tatuaży i piercingu, a w realizacji ich zamierzeń pozwoli uniknąć ewentualnych przykrych niespodzianek.
Aby maksymalnie obniżyć jej cenę detaliczną, książka "TAJEMNICE TATUAŻU I MAGIA KOLCZYKÓW" będzie dostępna wyłącznie w sprzedaży wysyłkowej od 15 maja 2005 roku. Po nadesłaniu pod adresem wydawnictwa 35 złotych (cena wraz z kosztami przesyłki priorytetowej listem poleconym), w ciągu 24 godzin wyślemy opłacony egzemplarz.
WYDAWNICTWO "BRYZA", 83-422 NOWY BARKOCZYN 106
Przy dokonywaniu wpłaty, na przekazie pocztowym należy umieścić dokładny, czytelny adres zamawiającego. Dodatkowe informacje telefoniczne: (058) 688-20-7
Archiwum.
Na nasz apel zamieszczony
w internecie w związku z przygotowywaniem do druku książki o tatuażu
i kolczykowaniu, przyszło wiele listów. Kilka z nich zamieszczamy,
niemal wszystkie znajdą się niebawem w bogato ilustrowanym wydawnictwie.
Autorom bardzo dziękujemy, ciągle czekamy na kolejne listy miłośników
tatuażu i kolczyków, na opisy Waszych wrażeń, na refleksje i uwagi,
także na dobre technicznie zdjęcia. Prosimy je nadsyłać pod adresem: Wydawnictwo "BRYZA" , 83-422 Nowy Barkoczyn, tel.: (058)
688-20-72. Nie zwlekajcie z chwyceniem za pióro! Czas nagli -
książka ukaże się wczesną wiosną. Im więcej Waszych listów, tym będzie
ciekawsza! Z góry dziękujemy, do zobaczenia na kartach książki.
POD WYMIENIONYM ADRESEM I
NUMEREM TELEFONU PRZYJMUJEMY RÓWNIEŻ ZAMÓWIENIA NA KSIĄŻKĘ. Ich liczba będzie miała wpływ na wysokość nakładu, a zamawiający zapewnią
sobie gwarancję jej zakupu z przesłaniem pod wskazanym adresem.
MAŁGORZATA
(z listu do przyjaciółki)
Bardzo
dawno do Ciebie nie pisałam. Mam wyrzuty sumienia, że również we mnie
zanika tradycja dzielenia się tą drogą swoimi radościami i przeżyciami.
Zawsze można w codziennym życiu znaleźć trochę radości, albo radość
sobie sprawić. Otóż właśnie sprawiłam sobie radość, a ponieważ wiem,
że będziesz cieszyła się razem ze mną, postanowiłam Ci o tym napisać.
Wiem, że nie jestem już młoda, skończyłam
w tym roku 48 lat, ale dwa lata temu zaszalałam jak nastolatka i wcale
tego szaleństwa nie żałuję. Zrobiłam sobie...
przepiękny tatuaż na lewej nodze tuż nad kostką.
Teraz opowiem Ci jak do tego doszło
i jak się z tym czuję. Całe życie byłam bardzo sceptycznie nastawiona
do tego rodzaju "sztuki na ciele".
Nigdy jednak nie ganiłam takich decyzji u innych i w momencie, gdy
moja córka po skończeniu 18 lat powiedziała mi, że chce zrobić sobie
dyskretny tatuaż, jedyne, co miałam na uwadze to sterylność zabiegu.
Zuzanna cieszyła się swoim tatuażem, ale wówczas nie przyszło mi nawet
na myśl, żeby pójść w jej ślady. Pomyślałam o tym w momencie, gdy
od przyjaciela dostałam w prezencie książkę o tatuażu z bardzo pięknymi
zdjęciami. Pamiętam, że przeglądałam ją spokojnie aż do momentu, gdy
ujrzałam zdjęcie tatuażu na nodze, tuż nad kostką. Był to tak piękny
motyw roślinny, że w jednej chwili zapragnęłam mieć taką ozdobę. To
był impuls i z decyzją nie zwlekałam zbyt długo. Oczywistym jest,
że były momenty wątpliwości, ale ilekroć otworzyłam książkę na tej
stronie, wątpliwości znikały. Wykonałam tatuaż w lutym w bardzo dobrym,
profesjonalnym studiu w Gdańsku.
Ciekawa byłam reakcji znajomych, bo
jeśli chodzi o mnie coraz lepiej czułam się ze swoją ozdobą. Pragnęłam
pochwalić się jak najszybciej tym swoim "dziełem
sztuki". Musiałam jednak trochę
poczekać, bo trzeba przyznać, że tatuaż najpiękniej wygląda na opalonej
nodze. Wreszcie doczekałam tego momentu i jakież było moje zdziwienie,
gdy większość znajomych pytała czy ten tatuaż nie jest przypadkiem...
naklejony. Czułam się takimi pytaniami dotknięta, bo w tej chwili
jest on już cząstką mnie i bardzo go kocham,
Latem, gdy chodzę w krótkich spódniczkach
widzę ukradkowe spojrzenia - podoba się chyba wszystkim. Ładnie wygląda,
gdy ubiorę buty na wysokich obcasach i czuje się wówczas jakbym miała
na sobie najpiękniejszą biżuterię. Ani przez moment nie żałowałam
swojego "szalonego" kroku, wręcz przeciwnie - stałam się
pewniejsza siebie i młodsza duchem. Nie ukrywam, że jest mi miło gdy
ktoś zerka ukradkiem na moją nogę z tatuażem. Trochę szaleństwa, a
tyle radości. Czasami warto pójść za impulsem! Całuje Cię serdecznie
Małgorzata.
ANNA
Bardzo chętnie opowiem w paru słowach o swojej przygodzie z kolczykowaniem.
Jestem doktorantką matematyki po trzydziestce. W mojej pracy naukowej
nikomu nie przeszkadza mój wygląd. Pracują z młodzieżą, której także
mój wygląd nie razi, czasem zaskakuje, ale pozytywnie.
Kolczyki, przepraszam: moje kolczyki,
są dla mnie czymś tak oczywistym i codziennym jak każda cześć ciała.
Rzecz, o którą się dba, zmienia jak fryzurę, czy kolor paznokci. Idąc
po ulicy prawie zapominam, jaki jest powód niekiedy dziwnych spojrzeń
ludzi. Łapię się na tym, że szukam plamy na ubraniu. To jest część
mnie, mojego ja. Kolczyki są jak stary, dobry przyjaciel, który zawsze
jest blisko, cieszy, poprawia samopoczucie, umila czas. Nigdy ich
nie zdejmuję. W chwilach zdenerwowania nie stukam długopisem w stół,
tylko bawię się kolczykiem w języku.
Jak to się zaczęło? Zwyczajnie: większość
dziewczynek w szkole podstawowej chce mieć kolczyki w uszach. Ja także
miałam, standardowo - po jednym w każdym uchu. Przez szkołę średnią
nic się nie zmieniło, dopiero na studiach zaczęłam eksperymentować.
Związane to było nie tylko z moimi pragnieniami. Studia rozpoczynałam
po Okrągłym Stole, po odwilży, jaka ogarnęła nasz kraj. Odwilży nie
tylko politycznej, ale także obyczajowej, kulturowej. Zaczęło docierać
coraz więcej informacji o muzyce, modzie, subkulturach, a także tatuażach
i kolczykach. Oglądałam, czytałam i spodobało mi się ozdabianie ciała
w ten sposób. Mając już tatuaż postanowiłam spróbować założyć sobie
kolczyk.
Pierwszy był w brwi. Niestety ten pierwszy
przystopował moje zapędy - ślicznie wyglądał, ale utrzymał się tylko
trzy tygodnie. Skóra go nie przyjęła. Od tamtej pory, a trwa to już
kilkanaście lat, ten schemat się powtarza. Nowy kolczyk, choćby stalowy,
założony w profesjonalnym studiu, wypada po kilku tygodniach lub nawet
latach. Dziurka pięknie się zagoiła, a jednak po jakimś czasie - koniec.
Straciłam w ten sposób kolczyki miedzy palcami ręki, z brzegu na zgięciu
pachy, a nawet w sutkach. Zostały tylko w pępku, nosie, kilkanaście
w uszach i w języku. Przekłuwam te miejsca,
które czułam, że chcę mieć z kolczykiem. Zawsze był to nagły impuls:
to miejsce i teraz przekłute. Bez oglądania się na innych, bez statystyki
czy mody. Od dwóch lat nie mam nowych kolczyków. Ciągłe pielęgnowanie
na różne sposoby, nieustanna uwaga by nie zahaczyć, nie pobrudzić...
Zmęczyło mnie to bardzo - widocznie tak ma być: moje ciało nie chce
tego samego, co moja dusza. Pozostaje mi jedynie przyjemność całowania
się z kolczykiem w języku, przyjemność dla mnie i dla mojego partnera.
Zauważyłam pewną prawidłowość: odkąd
pracuję z młodzieżą ta obserwuje mój wygląd i bardzo często go naśladuje.
Niestety w przypadku tatuaży jest to poważniejszy problem, bo nie
mając pieniędzy robią sobie kiepskie tatuaże, nie w profesjonalnych
studiach, tanie i niehigieniczne. W większości wypadków są one także
bardzo brzydko zrobione. Z kolczykami jest trochę prostsza sprawa
- zawsze można je wyjąć, jeśli zmieni się zdanie. Ale naśladownictwo
nie jest wskazane zarówno w tatuowaniu jak i piercingu. Taka decyzja
musi być osobista i przemyślana. Dlatego nie zawsze eksponuję moje
kolczyki i tatuaże. W tej niewidocznej części są one moją tajemnicą.
MARIA
Chciałabym
napisać choćby kilka słów o moim stosunku do tatuażu, co być może
ze względu na mój wiek może być dla wielu osób interesujące.
Kiedy byłam małą dziewczynką, niewiele,
a właściwie nic nie wiedziałam o tatuażu, ale już wówczas coś nieodparcie
ciągnęło mnie do ozdabiania skóry. Doskonale pamiętam, że już wtedy
poślinionym chemicznym ołówkiem malowałam sobie na ręce zegarek, a
na nodze kwiatki. Bardzo lubiłam się tak przyozdabiać. Minęło to wraz
z okresem dzieciństwa, ale gdzieś głęboko w podświadomości tkwił chyba
jakiś zalążek tatuażu. Przez całe lata było nie do pomyślenia zrealizowanie
tej myśli: tatuaż wszystkim, i mnie także, za bardzo kojarzył się
ze światem przestępczym, a przynajmniej ze środowiskiem ludzi podejrzanych.
Zresztą w Polsce nikt tego nie robił profesjonalnie, a o rodzimym
tatuażu artystycznym nikomu się nawet nie śniło.
Aż tu nagle, w wieku ...dziesięciu
lat mam prawdziwy tatuaż! Myślę, że zrobienie go wynika z tej tkwiącej
we mnie przez całe dziesięciolecia wewnętrznej potrzeby, z mojego
charakteru. Tatuaż jest dla mnie czymś w rodzaju biżuterii - odmładza
mnie, dodaje pewności siebie. Oczywiście nie każdy odczuwa potrzebę
posiadania tatuażu, jest również sporo takich, którym on się podoba,
ale sami nigdy by się na niego nie zdecydowali. Twierdzę jednak, że
zależnie od wzoru i miejsca tatuaż pasuje do człowieka w każdym wieku.
Od czasu kiedy z dumą nosze swój tatuaż
na łydce nad kostką miewałam zabawne incydenty. Obracam się głównie
w orbicie osób starszych i "szacownych",
które różnie na mój tatuaż reagują. Niemal wszyscy mówią, że jest
ładny, a nawet ekscytujący, ale wiele osób przeciera oczy ze zdziwienia,
że się na niego zdecydowałam, a pewna koleżanka, ku mojemu rozbawieniu
martwiła się: "i jak ty teraz z
tym obrazkiem pójdziesz do lekarza"?
W jej mniemaniu mój tatuaż jest czymś wręcz wstydliwym, zwłaszcza
dla statecznej pani w moim wieku. Oto jak głęboko zakorzenione są
pewne myślowe i obyczajowe stereotypy...
MYSZA
Mam
27 lat, wykształcenie wyższe, pracuje jako specjalista do spraw marketingu,
jestem mężatką z województwa lubuskiego.
Moja przygoda z tatuażem i piercingiem
zaczęła się kilka lat temu. Pierwszy tatuaż zrobiłam w przełomowym
momencie mego życia, kiedy to pewien "stary"
rozdział postanowiłam zamknąć i rozpocząć nowy. Tatuaż bardzo mi się
spodobał (i do dziś tak jest), zaś ból odczuwany przy jego robieniu
okazał się bardzo specyficzny, powiedziałabym - nawet miły. Dalej
sprawy potoczyły się "z górki".
Lęk przed nakłuwaniem ciała minął, zadowolenie pozostało, zdecydowałam
się wiec na kolejny tatuaż. I potem znów kolejny...
Chociaż ten ostatni był najbardziej bolesny, z niego właśnie jestem
szczególnie dumna, bowiem zamykał kolejny nieudany rozdział mojego
pełnego rozczarowań żywota. Wówczas zapragnęłam czegoś innego. Szybko
przeprowadziłam wywiad gdzie w moim mieście można dokonać bezpiecznego
zabiegu przekłucia pępka. Znajomi i przyjaciele pukali się w czoło
komentując: "Co ci znów strzeliło
do głowy dziewczyno?" Jednak zrobiłam
to i muszę przyznać, że znów poczułam pewien rodzaj dumy. Uczucie,
że jest się innym, że ja mam coś, czego nie mają inni, było wspaniałe.
Nie miałam i nie mam jednak w zwyczaju chwalić się wszystkim dookoła,
że noszę na ciele trzy okazałe tatuaże i piękny kolczyk w pępku. To
jest tylko moje, cieszy mnie, bo stanowi kawałek mojego ciała, którego
nie można jak płaszcza zdjąć i odwiesić do szafy.
Nigdy nie usiłowałam nikogo naśladować,
pomysły na tatuaż i kolczyk w pępku po prostu przyszły same. Tatuaże
pozostały niezmienne w swych kształtach i odcieniach. Staram się dbać
o swoje ciało wiec dbam tym samym i o nie. Kolczyków do pępka mam
kilka. Wszystkie wykonane są z tytanu, okazało się bowiem w trakcie
noszenia, że jestem uczulona na stal chirurgiczną. Ich kształty i
kolory są różne. Są piękne i tajemnicze. Początkowo mój mąż chciał
abym wyjęła kolczyk i nigdy go więcej nie nosiła. Bał się, że noszenie
go może w jakiś sposób zrobić mi krzywdę. Teraz wie, że lubię ten
mój kolczyk. Specjalnie dla męża kupiłam malutkie kółeczko, które
w żaden sposób nie podrażnia ciała i jest szczególnie wygodne w pracy,
odzie obowiązuje mnie strój elegancki i reprezentacyjny, a wiec nie
zawsze swobodny.
Myślę, że nie zdecyduje się więcej ani
na tatuaż, ani na dodatkowy kolczyk. Miejsca na moim ciele, które
chciałam zapełnić, są już "zagospodarowane"
i to mnie w pełni satysfakcjonuje. Nie podobają mi się kolczyki w
miejscach intymnych, zarówno u kobiet jak i mężczyzn, sama nie zgodziłabym
się na taki zabieg. Nie tam!!!
Reasumując chciałam powiedzieć, iż według
mnie robienie nowych tatuaży i nieustanne kolczykowaniu ciała nie
stanowią panaceum na złe samopoczucie czy "dołek
psychiczny". Takie działanie może stać się swego rodzaju
nałogiem (w przenośni oczywiście). Należy być pewnym swojego wyboru,
bo o ile kolczyk można wyjąć i nigdy więcej go nie nosić, to tatuażu
nie zetrze się pumeksem.
Moje tatuaże, podobnie jak kolczyk wiązały
się z jakimiś szczególnymi okresami mojego życia. Nie stanowiły jednak
lekarstwa dla duszy, raczej przypominały o tym, co się wydarzyło,
a były to zarówno chwile pełne goryczy, jak i szczęścia.
Ponadto ważna jest tu także kwestia
estetyki, bo czy bezmyślne, przypadkowe wzory tatuaży mogą zdobić?
Czy kolczyki powciskane we wszystkie niemal zakamarki naszego ciała
są takie piękne? Jest to oczywiście rzeczą gustu, jednak mnie się
to bardzo, ale to bardzo nie podoba.
Sztuka tatuażu i piercing służą zdobieniu
ciała a nie jego zeszpeceniu, dlatego też należałoby bezwzględnie
przestrzec wszystkie osoby, które chcą ozdobić swoje ciało kolczykiem
(lub kolczykami), aby udały się tylko do profesjonalnego studia, bowiem
tylko tam zabieg zostanie przeprowadzony higienicznie i we właściwy
sposób. Tam też można uzyskać poradę jaki kolczyk nosimy w jakim miejscu
i jak pielęgnować przekłute miejsce, aby nie dopuścić do podrażnień
i powikłań. Ja miałam szczęście trafić do takiego właśnie studia i
dzięki temu uniknęłam ewentualnych kłopotów.
DAGMARA
Mam
24 lata, skończyłam liceum handlowe, mieszkam w Gdańsku. Kolczyki
fascynowały mnie "od zawsze", chociaż nie mam pojęcia, jakie
motywy leżały u podstaw tego zainteresowania. Zresztą nigdy się nad
tym nie zastanawiałam. Pamiętam natomiast doskonale, że jeszcze w
szkole podstawowej po powrocie do domu zdarzało się, że zamiast odrabiać
lekcje siadałam przed lustrem przekłuwając sobie kolejne miejsca w
uszach czy na nosie, co oczywiście wzbudzało duże niezadowolenie rodziców
i nauczycieli.
Zdarzyło się, że kiedyś, już znacznie
później, natknęłam się na pisma o tatuażu i o kolczykowaniu. O wiele
bardziej spodobały mi się gładkie stalowe kolczyki, które tam zobaczyłam
od tych, które nosiłam do tej pory. Stopniowo zaczęłam "montować"
sobie nowe ozdoby w nietypowych miejscach, teraz już w profesjonalnym
studiu, do którego po raz pierwszy poszłam żeby przekłuć sobie język.
Niektóre pomysły na kolejne kolczyki podpatrzyłam u innych, ale większość
wymyślałam sama. Wszystkie stare kolczyki wymieniłam także na te nowe,
które tak bardzo mnie ujęły,
Nie zakładam kolczyków na szczególne
okazje. Po prostu zakładam je tam gdzie w danej chwili mam na to ochotę
i już tam zazwyczaj zostają na stałe. A "obciążenie" mam
dość spore, ponieważ w uszach, w tulejach rozciągających o średnicy
14 milimetrów noszę ogromne kolczyki o grubości 8 mm. i wewnętrznej
średnicy 19 mm. Są to tak zwane "circular barbels", które
są naprawdę ciężkie. Oprócz tego w obu uszach mam przekłucia typu
"tragus" z malutkimi kółeczkami. W prawym uchu przekłucie
"industrial" polegające na przekłuciu jednym długim kolczykiem
dwóch miejsc w uchu, a w lewym dodatkowo dwa przekłucia typu "helix"
- jedno z kolczykiem barbel, drugie z kółeczkiem. U nasady nosa noszę
kolczyk barbel, a w przegrodzie nosowej kółeczko. W dolnej wardze
mam dwa kolczyki, jeden pod drugim (kółko i typowy "labret"),
a w wiązadełku pod górną wargą noszę kółeczko, W języku noszę dwa
kolczyki barbel, a w wiązadełku pod językiem także kółeczko. Mam również
przekłute kolczykami barbel oba sutki, a w pępku nosze trzy kółeczka,
jedno koło drugiego. To już - jak na razie - wszystko.
Póki co nie mam jeszcze kolczyków w
miejscu intymnym, ale kiedy zrobię sobie tego typu przekłucia również
nie będę z nich wyciągała kolczyków, na przykład przed badaniem lekarskim,
Plany cały czas powstają - jedne realizują
się szybciej, inne wolniej, ale nieustannie szukam nowych ciekawych
możliwości przekłucia ciała. W tej chwili moim najbliższym "pragnieniem"
jest przekłucie policzków.
Niektórzy mówią "o wewnętrznym
przymusie" kolczykowania. Trudno to chyba nazwać przymusem, ale
jednak u mnie przychodzi taka chwila, w której zaczynam myśleć o jakimś
nowym przekłuciu, czy rozciągnięciu istniejącej dziurki - po prostu
bardzo chcę to zrobić. Czasami od momentu, kiedy o tym pomyślę do
momentu zrobienia upływa jakiś czas, ale bywa, że impuls jest tak
silny, że robię to od razu. Kiedy jest już po wszystkim na jakiś czas
mam odczucie satysfakcji i "zaspokojenia".
Nigdy nie zastanawiałam się jak traktuję
moje kolczyki, może dlatego, że są ze mną od zawsze. Nie chce tu pisać
wielkich słów, że kolczyki są "częścią mnie". Kiedy patrzę
w lustro nie patrzę na siebie z myślą, że mam kolczyki tu, czy tu.
Patrzę na swoje odbicie i widzę po prostu siebie. Wiem jednak, że
bez kolczyków czułabym się strasznie łyso i brzydko. Kiedy założę
sobie nowy kolczyk odczuwam ogromną satysfakcję: mam wówczas tak dobre
samopoczucie jak mało kiedy.
Myślę, że mój zewnętrzny wizerunek nie
jest zbyt dobrze odbierany przez otoczenie. Codziennie muszę się borykać
z dziwnymi uwagami na mój temat. Jednak myślę, że mimo to, pomijając
tradycjonalistów oraz osoby sędziwe, (chociaż i tu są wyjątki), nastawienie
do tego rodzaju ozdób na ciele bardzo powoli ulega zmianie i ma coraz
większą akceptację. Na ulicy z dnia na dzień można spotkać coraz więcej
ludzi z takimi właśnie ozdobami, staje się to jakby "sprawą normalną".
Co innego, gdy rozpatrujemy to pod względem kontaktów zawodowych,
gdzie ciągle mamy do czynienia z niezrozumieniem i dyskryminacją,
co miałam okazję poznać na własnej skórze.
Na koniec pragnę powiedzieć, że obecnie
używam wyłącznie atestowanych kolczyków ze stali chirurgicznej lub
tytanu, a przekłuwam się jedynie w profesjonalnym studiu, gdzie wiedzą
jak i czym się to robi, a co najważniejsze zapewniają absolutną higienę
zabiegu.
ELŻBIETA
W
internecie natknęłam się na informacje o mającej powstać książce na
temat tatuażu i piercingu i postanowiłam się przyczynić do jej "porodu".
Myślę, że takie wydawnictwo zainteresuje wielu ludzi, chociaż łatwo
sobie wyobrazić, że wielu będzie także oburzonych. Ale tych ostatnich
nie brakuje niezależnie od tematu, więc nie ma co się nimi przejmować.
Zacznę od początku. Odkąd sięgam pamięcią,
zawsze chciałam nosić kolczyki, pamiętam także, że pierwsze założyła
mi babcia domowym sposobem przy pomocy zwykłej igły i kartofla. Miałam
wówczas 6 lat, a w połowie lat pięćdziesiątych noszenie kolczyków
należało raczej do rzadkości. Nosiły je głównie starsze kobiety, a
w modzie było raczej maltretowanie uszu przy pomocy zacisków od klipsów.
Od tego czasu nigdy nie rozstawałam się z kolczykami, były jakby rodzajem
mojego talizmanu. W Polsce wówczas nikomu nie przyszłoby do głowy,
że można w uszach nosić więcej niż parę kolczyków. Do tego stopnia,
że kiedy podczas urlopu w Międzyzdrojach w 1972 zobaczyłam u pewnej
pani dwa kolczyki w jednym uchu po prostu oniemiałam. Dzisiaj to śmieszne,
ale wówczas naprawdę tak było. Sama na drugi kolczyk zdecydowałam
się dwa lata później podczas pobytu w Londynie, gdzie takie ozdoby
były już na porządku dziennym.
Od ponad dwudziestu lat najchętniej
nosze kolczyki duże i ciężkie. Lubię, kiedy są widoczne, lubię także
czuć, że je mam, lubię jak przy gwałtowniejszych ruchach głowy delikatnie
pociągają za płatki. Właśnie dwadzieścia lat temu udało mi się spełnić
moje marzenie: kupiłam ogromne "cygańskie" korale i do dziś
rzadko się z nimi rozstaję, chociaż tego rodzaju kolczyki są obecnie
poza Podhalem całkiem niemodne i zupełnie niespotykane.
Tu musze się podzielić pewnym doświadczeniem,
które być może komuś się przyda. Otóż nosząc te moje ulubione korale
zauważyłam po pewnym czasie, że uszka kolczyków "przecinają"
mi płatki - dziurki stawały się nie tyle większe, co wydłużone. Zaradził
temu pewien znajomy jubiler, który w miejsce istniejących przymocował
do złotej oprawy korali nowe uszka grubości 2,5 milimetra. Od tego
czasu "przecinanie" płatków ustało i w ciągu kilkunastu
lat nie dzieje się nic niepokojącego. Oczywiście trzeba pamiętać,
aby takie ciężkie kolczyki koniecznie zdejmować na noc. W lewym uchu
obok "głównego" kolczyka noszę od kilku lat dwa maleńkie
koraliki na sztyftach, co ponoć tworzy interesującą kompozycję. W
każdym razie mnie i mężowi bardzo się ona podoba.
A teraz o przygodzie z kolczykami, która
samą mnie zaskoczyła. Dwa lata temu podczas pobytu u przyjaciółki
we Francji zetknęłam się u niej z kolczykami w brodawkach sutkowych.
Przyznam, że byłam tym zachwycona, chociaż początkowo patrząc na nie
dostawałam "gęsiej skórki". Ale fascynacja tą ozdobą narastała,
opanował mnie prawdziwy bzik na punkcie kolczyków w tym miejscu, chociaż
ze strachu przed bólem przekłuwania odkładałam zabieg przez niemal
rok. Dwukrotnie chodziłam do studia tatuażu gdzie fachowo zakładali
takie kolczyki i dwukrotnie spanikowałam -uciekłam niemal spod igły.
Kiedy jednak w jakimś piśmie zobaczyłam umocowane na brodawkach piękne
"szyIdziki", klamka zapadła: musze takie mieć!
Ku mojemu zdumieniu ból nie był wcale
tak wielki, na jaki się nastawiałam. Samo przekłucie trwało dosłownie
kilka sekund, a po trzech minutach miałam już w obu brodawkach zakończone
kulkami tytanowe "kołeczki". Właściwie dużo więcej było strachu
przed bólem niż samego bólu. Dziurki idealnie zagoiły się po 4 tygodniach,
nie było najmniejszych komplikacji, być może dlatego, że pieczołowicie
stosowałem wodę utlenioną i specjalną maść przyspieszającą gojenie.
Po miesiącu mogłam już założyć na brodawki wymarzone "szyIdziki" w
kształcie subtelnych rozetek, co wygląda rewelacyjnie, a u męża wzbudza
do dziś prawdziwy entuzjazm.
Czasami łapię się na tym, że jako nastolatce,
maturzystce, a później studentce, nawet we śnie nie wyśniłyby mi się
takie ozdoby. Cóż, inne czasy, inne obyczaje. A swoją drogą na taką
ozdobę spokojnie mogłam się zdecydować dopiero teraz, kiedy nie czeka
mnie już karmienie piersią. Bardzo się z tej decyzji cieszę, kto wie
czy nie bardziej niż z pierwszych kolczyków w uszach, chociaż to było
zupełnie co innego.
Na koniec musze się przyznać, że od
pewnego czasu coraz natrętniej nawiedza mnie myśl: a gdyby tak założyć
dyskretne kółeczka w wargach sromowych? Podobno przekłucie jest mniej
bolesne niż to w brodawkach, a gojenie trwa krócej. Oj kreci mnie
coś, kręći...
EWA I ARTUR
Chyba
trzy lata temu, jeszcze jako narzeczeni, studenci IV roku anglistyki,
wybraliśmy się do studia tatuażu. Koniecznie chciałam mieć delikatną
"bransoletkę" na nadgarstku, Artur poparł ten pomysł i postanowiliśmy
go szybko zrealizować.
Czekając na moją kolejkę wertowaliśmy
katalogi z wzorami tatuaży i ...biżuterią intymną, zdjęcia kolczyków
założonych w różnych "dziwnych" miejscach. Chwilami byliśmy zszokowani,
ale generalnie nawet się nam to podobało, jako coś nieszablonowego,
oryginalnego, zaskakującego. Taka fajna nowość w świecie sztampy i
stereotypów,
W ciągu godziny moja "bransoletka"
była gotowa. Wypadła rewelacyjnie: subtelny wzór, delikatny rysunek,
perfekcyjne wykonanie. To było to! Ucieszeni jak dzieci wróciliśmy
do domu.
Po dwóch tygodniach, kiedy po raz chyba
setny podziwialiśmy całkowicie już wygojoną ozdobę mojego przedramienia,
Artur zapytał jakby mimochodem, czy pamiętam katalogi piercingu i
kolczyków oglądanych w studiu. Myślałam o nich wielokrotnie, ale odpowiedziałam
obojętnie: owszem, pamiętam.
Przywykłem już do wielu "zwariowanych"
pomysłów Ewy, z których słynie wśród przyjaciół i znajomych, ale mimo
tego trochę bałem się jej to zaproponować. Niby bez żadnej emocji
wykrztusiłem wreszcie: wiesz, nie chce żadnych tradycyjnych obrączek;
ja założę złote kółko w brodawce, a ty takie samo w napletku łechtaczki.
To będą nietypowe, całkiem nasze "tajne obrączki ślubne". Wyłącznie
dla nas. Nie będę bujał: bałem się Jej reakcji, ale kupiła mój pomysł
tak, jakby na niego czekała. Za trzy dni byliśmy już w tym samym studiu.
Bałam się koszmarnie! Chciałam pójść
na pierwszy ogień, aby mając to już za sobą obserwować reakcje Artura.
Pewnie ze strachu nie bardzo pamiętam jak to się właściwie stało,
ale kiedy było "po herbacie" byłam zdziwiona, że to już,
ale jeszcze bardziej dziwiłam się, że to zrobiłam. Mam wprawdzie koleżanki
z kolczykami w pępku, ale żeby tu? Naprawdę sobie nie dowierzałam,
l u Ewy i u mnie dziurki goiły się "jak
na psie". Obecnie jesteśmy półtora roku po ślubie. Ja mam już
złote "barbele" w obu brodawkach, Ewa do kółka w napletku
dodała dwa dalsze w wewnętrznych wargach sromowych. Nie będę się o
tym rozpisywał, bo kto tego nie doznał i tak nie zrozumie. Nasze "tajne
obrączki ślubne" są pod każdym względem odlotowe i to nie tylko
dlatego, że pięknie wyglądają.

Tak
trzymać!
No i stało się! Widać to coraz wyraźniej
w studiach tatuażu, ale także w miejscach publicznych, latem na ulicach
i plażach, wszędzie, gdzie przy dobrej pogodzie można sobie pozwolić
na skromniejszy przyodziewek i pokazać więcej niż twarz, dłonie i
stopy.
Stało się - tatuaż zyskał w Polsce prawo
obywatelstwa, wydobył się z kręgów subkulturowych, z którymi go niemal
wyłącznie kojarzono, coraz skuteczniej zrzuca z siebie piętno "kryminalnej
dziargi". Interesujące, perfekcyjnie wykonane tatuaże oraz ich
rosnący poziom artystyczny, coraz śmielej torują im drogę do tych
grup społecznych, które jeszcze kilka lat temu odżegnywały się od
nich wzruszeniem ramion, uśmieszkami politowania lub pukaniem w czoło.
Stało się, że tatuaż coraz częściej...
nobilituje jego posiadacza. Wiem to także z własnego doświadczenia,
z licznych reakcji "normalnych" ludzi, z opinii niedawnych
zagorzałych przeciwników "wiecznych obrazków", którzy w
tatuażu zaczęli dostrzegać coś więcej niż znak przynależności do wąskiej,
nie zawsze przez nich akceptowanej grupy subkulturowej. W świecie
zachodnim - nic nowego, ale nad Wisłą - początek rewolucji.
Po ukazaniu się książki "Tajemniczy
świat tatuażu" do wydawnictwa i autorów przyszło wiele listów,
których autorzy dzielili się swymi refleksjami, uwagami, wątpliwościami.
Wiele było w nich fascynacji tatuażem i opisów wrażeń, jakie u różnych
osób przyniosło jego pozyskanie. Wrażenia te były z reguły pozytywne,
chociaż różnie je nazywano. Być może będzie niebawem okazja, aby wiele
z tych interesujących listów przytoczyć w nowym, rozszerzonym wydaniu
"Tajemniczego świata tatuażu".
Autorów książki szczególnie ucieszył
pewien charakterystyczny rys, powtarzający się w otrzymanych listach.
Zdecydowana więszość z nich napisana została przez ludzi pod każdym
względem "najnormalniejszych" w świecie. Nie zaliczają się
oni do żadnej z grup subkulturowych, w których tatuaż jest niemal
rytuałem, nie pasjonują się "mocną" muzyką, nie wyróżniają
szokującym strojem, uprawiają "poważne" zawody, zajmują
szacowne stanowiska i trudno ich posądzić o ekstrawagancję. A jednak
w tatuażu znaleźli to "coś", co ich zafascynowało i przyniosło
wiele zadowolenia.
Wielu z autorów, a zwłaszcza autorek
nadesłanych listów zwraca uwagę na interesujący aspekt sprawy, który
najtrafniej określiła pewna pielęgniarka:
"Od dawna pragnęłam mieć tatuaż,
ale powstrzymywała mnie świadomość, że zaliczy mnie on do tych grup
młodzieży, z którymi się nie utożamiam i nie chcę być do nich zaliczana.
Przełom nastąpił za sprawą pewnej pacjentki, którą trudno zaliczyć
do młodzieży, osoby pod każdym względem na "topie", dumnej
ze swego pięknego tatuażu. Pomyślałam wówczas, że tatuaż wcale nie
musi być "pieczątką przynależności" do czegokolwiek, że
po prostu może być mój. Już go mam i także jestem z niego bardzo dumna.
Nawiasem mówiąc bez porównania częściej słyszę zachwyt nad jego artystyczną
urodą niż sceptyczne uwagi".
Podobna
myśl przejawia się w wielu innych listach. Ich autorzy chcieli mieć
tatuaż dla samego tatuażu, a nie jako symbol przynależości do czegokolwiek.
Podobnie myślących jest coraz więcej, a im więcej ich będzie, tym
lepiej będą postrzegani przez "opinię publiczną" i tym skuteczniej
będą wpływali na wzrost tolerancyjności społczeństwa, tolerancyjności,
której u nas w każdej dziedzinie życia ciągle tak mało.
Myślę, że powinny to zauważyć studia
tatuażu, z natury rzeczy oblegane przez ludzi "z branży".
Zauważyć i zrozumieć, że przyszłość tatuażu w Polsce (a co za tym
idzie przyszłość tatuażystów) będzie coraz bardziej zależała od ludzi
"normalnych". To właśnie wśród nich są setki tysięcy platonicznych
miłośników tatuażu, których przed jego zrobieniem powstrzymywała obawa
przed "zaszufladkowaniem", przed zaliczeniem do tych grup
społecznych, które nie cieszą się specjalnym uznaniem.
Myślę, że ta grupa będzie się rozszerzała,
a już dziś widać, że wśród prawdziwych miłośników tatuażu występuje
zjawisko toczącej się po zboczu kuli śniegowej. I bardzo dobrze -
tak trzymać!
A.M.

Zostań
współautorem książki o piercingu!
Po
wydaniu książki "Tajemniczy świat tatuażu", która spotkała
się z wielkim zainteresowaniem Czytelników,otrzymaliśmy mnóstwo
listów, telefonów i e-maili z sugestiami, aby opracować podobną
pozycję, której tematem byłoby body piercing. Kolczykowanie
ciała nadal robi w Polsce karierę, nieustannie rośnie rzesza jego
miłośników,a bardzo wiele osób przed podjęciem decyzji o przekłuwaniu
chciałoby się o nim jak najwięcej dowiedzieć. Wprawdzie teksty na
ten temat można ostatnio znaleźć w internecie, ale są one rozproszone,
często na bardzo niskim poziomie, a wiele z nich zawiera błędy i
wskazówki domorosłych "przekłuwaczy", które w przypadku
ich zastosowania w praktyce mogą przynieść przykre konsekwencje.
Mocną
stroną książki o tatuażu w odczuciu Czytelników okazały się autentyczne
relacje tatuowanych, ich refleksje na temat motywów decyzji o wytatuowaniu
ciała i życia z tatuażem w nie zawsze tolerancyjnym otoczeniu. Chcielibyśmy
na tej samej zasadzie oprzeć książkę o piercingu: pragniemy zebrać
jak najwięcej relacji osób, które weszły w świat piercingu, uległy
jego fascynacji i włączyły kolczyki w swoje "ja".
Będziemy
wdzięczni za Wasze refleksje na ten temat. Im więcej ich będzie,
im szczerzej opiszecie swą przygodę z piercingiem, tym lepsza będzie
książka i tym bardziej przydatna dla tych, którzy o kolczykach myślą,
ale niewiele na ten temat wiedzą. Aby ułatwić Wam zadanie, proponujemy
coś w rodzaju konspektu porządkującego temat; pytania sformułowane
są w rodzaju żeńskim, ale dotyczą oczywiście obu płci.
- Od czego i w jakich
okolicznościach zaczął się Twój piercing? Czy potrafisz określić
motywy, jakie skłoniły Cię do przekłuwania ciała i noszenia kolczyków?
- Co spowodowało,
że tradycyjne kolczyki w uszach stały się dla Ciebie banalne i nie
wystarczające, nawet, jeśli było ich kilka lub kilkanaście?
- Czy w zakładaniu
kolejnych kolczyków po prostu naśladowałaś innych, czy także sama
wymyślałaś nowe miejsca do przekłuwania?
- Opisz swoje kolczyki.
Ile, gdzie i jakie kolczyki nosisz. Czy używasz ich stale, czy zakładasz
na szczególne okazje? Gdzie lubisz je nosić najbardziej?
- Czy kiedykolwiek
odczuwałaś coś w rodzaju "wewnętrznego przymusu" aby przekłuć
kolejną dziurkę i założyć jeszcze jeden kolczyk? Czy korciło Cię,
aby powiększać dziurki i umieszczać w nich coraz grubsze i cięższe
kolczyki?
- Czy kolczyki traktujesz
jedynie jako ozdobę ciała, czy może nosisz je także z innych powodów?
Jakich?
- Czy Twoje kolczyki
wiążą się w jakiś sposób z sexem i życiem erotycznym? A co sądzi
o tym Twój partner lub partnerka?
- Czy kolczyki w
miejscach intymnych są Twoją tajemnicą, czy też lubisz się nimi
pochwalić? Czy nosząc biżuterię intymną zdejmujesz kolczyki przed
badaniem lekarskim lub wizytą w saunie?
- Czy masz jakieś
plany powiększenia swojej "kolekcji" kolczyków? Czy marzą
Ci się jakieś nowe, całkiem niezwykłe miejsca do ich noszenia?
- Co sądzisz o wpływie
kolczyków na psychikę. Pewna pani (42 lata) napisała: "dawniej,
kiedy byłam w psychicznym dołku, kupowałam jakiś ciuszek lub zmieniałam
kolor włosów, teraz chwytam za igłę i zakładam nowy kolczyk. Nie
do wiary, jak to pomaga!"
- Co możesz powiedzieć
o reakcji otoczenia na Twoje kolczyki noszone w "niezwykłych"
miejscach? Jak są one odbierane w kontaktach towarzyskich i zawodowych?
Czy pod tym względem coś się zmienia?
- Kto i w jakich
okolicznościach zakładał Twoje kolczyki? Robisz to sama, czy korzystasz
z usług profesjonalistów gwarantujących pełną fachowość, aseptykę
i bezpieczeństwo zabiegu oraz używasz kolczyków atestowanych (stal
chirurgiczna, tytan, niob, wysokokaratowe złoto)?
Odpowiedzi
mogą być oczywiście anonimowe (pseudonim), ale interesuje nas wiek,
wykształcenie, pozycja społeczna, wykonywany zawód. Prosimy również
o uwagi osobiste które wykraczają poza sugestie konspektu. Będziemy
wdzięczni za zdjęcia, ale zamieścimy tylko bezbłędne technicznie.
Dziękujemy.
Mamy nadzieję, że Wasze uwagi przyczynią się do powiększenia grona
fanów piercingu i biżuterii intymnej.
WYDAWNICTWO "BRYZA"
Listów z wypowiedziami /ewentualne zdjęcia/ oczekujemy pod adresem:
WYDAWNICTWO "BRYZA"
83-422 NOWY BARKOCZYN 105
tel. (058) 688-20-72
|
|