Książka o piercingu - już w sprzedaży!!!

 

    "Tajemnice tatuażu i magia kolczyków"

Jedyna polska książka poświęcona tatuażowi i kolczykowaniu ciała.
W pięknym, starannie opracowanym albumowym tomie znajdziecie:

krótką historię tatuażu i piercingu oraz opinie na ich temat wyrażone przez psychologa, socjologa i filozofa;
kilkadziesiąt listów miłośników zdobienia ciała, ich wrażenia i ciekawe refleksje oraz opisy doznań związanych z tatuażem i kolczykami;
kolorowe zdjęcia tatuaży;
bogato ilustrowane przykłady zastosowania kolczyków w różnych miejscach ciała;
wiele ciekawostek dotyczących tatuażu i piercingu;
szerokie omówienie zasad bezpieczeństwa zabiegów i pielęgnacji;
wywiad na temat przekłuwania ciała przeprowadzony z chirurgiem-plastykiem;
zasady doboru kolczyków i przegląd bezpiecznej biżuterii.

Książkę, przy współpracy wielu doświadczonych specjalistów opracowało wydawnictwo BRYZA, które kilka lat temu oddało w ręce Czytelników poszukiwany do dziś "Tajemniczy Świat Tatuażu". Nowa książka, znacznie bogatsza treściowo i edytorsko, jest odpowiedzią na coraz większe zainteresowanie tematem i liczne listy, jakie ciągle w tej sprawie otrzymujemy. Mamy nadzieję, że Czytelnicy pochłoną ją "jednym tchem" i będą do niej wielokrotnie wracali. Jesteśmy przekonani, że stanie się ona cennym doradcą miłośników tatuaży i piercingu, a w realizacji ich zamierzeń pozwoli uniknąć ewentualnych przykrych niespodzianek.

Aby maksymalnie obniżyć jej cenę detaliczną, książka "TAJEMNICE TATUAŻU I MAGIA KOLCZYKÓW" będzie dostępna wyłącznie w sprzedaży wysyłkowej od 15 maja 2005 roku. Po nadesłaniu pod adresem wydawnictwa 35 złotych (cena wraz z kosztami przesyłki priorytetowej listem poleconym), w ciągu 24 godzin wyślemy opłacony egzemplarz.

WYDAWNICTWO "BRYZA", 83-422 NOWY BARKOCZYN 106

Przy dokonywaniu wpłaty, na przekazie pocztowym należy umieścić dokładny, czytelny adres zamawiającego. Dodatkowe informacje telefoniczne: (058) 688-20-7

    Archiwum.

Na nasz apel zamieszczony w internecie w związku z przygotowywaniem do druku książki o tatuażu i kolczykowaniu, przyszło wiele listów. Kilka z nich zamieszczamy, niemal wszystkie znajdą się niebawem w bogato ilustrowanym wydawnictwie. Autorom bardzo dziękujemy, ciągle czekamy na kolejne listy miłośników tatuażu i kolczyków, na opisy Waszych wrażeń, na refleksje i uwagi, także na dobre technicznie zdjęcia. Prosimy je nadsyłać pod adresem: Wydawnictwo "BRYZA" , 83-422 Nowy Barkoczyn, tel.: (058) 688-20-72. Nie zwlekajcie z chwyceniem za pióro! Czas nagli - książka ukaże się wczesną wiosną. Im więcej Waszych listów, tym będzie ciekawsza! Z góry dziękujemy, do zobaczenia na kartach książki.
    POD WYMIENIONYM ADRESEM I NUMEREM TELEFONU PRZYJMUJEMY RÓWNIEŻ ZAMÓWIENIA NA KSIĄŻKĘ. Ich liczba będzie miała wpływ na wysokość nakładu, a zamawiający zapewnią sobie gwarancję jej zakupu z przesłaniem pod wskazanym adresem.

MAŁGORZATA
(z listu do przyjaciółki)

     Bardzo dawno do Ciebie nie pisałam. Mam wyrzuty sumienia, że również we mnie zanika tradycja dzielenia się tą drogą swoimi radościami i przeżyciami. Zawsze można w codziennym życiu znaleźć trochę radości, albo radość sobie sprawić. Otóż właśnie sprawiłam sobie radość, a ponieważ wiem, że będziesz cieszyła się razem ze mną, postanowiłam Ci o tym napisać.
     Wiem, że nie jestem już młoda, skończyłam w tym roku 48 lat, ale dwa lata temu zaszalałam jak nastolatka i wcale tego szaleństwa nie żałuję. Zrobiłam sobie... przepiękny tatuaż na lewej nodze tuż nad kostką.
     Teraz opowiem Ci jak do tego doszło i jak się z tym czuję. Całe życie byłam bardzo sceptycznie nastawiona do tego rodzaju "sztuki na ciele". Nigdy jednak nie ganiłam takich decyzji u innych i w momencie, gdy moja córka po skończeniu 18 lat powiedziała mi, że chce zrobić sobie dyskretny tatuaż, jedyne, co miałam na uwadze to sterylność zabiegu. Zuzanna cieszyła się swoim tatuażem, ale wówczas nie przyszło mi nawet na myśl, żeby pójść w jej ślady. Pomyślałam o tym w momencie, gdy od przyjaciela dostałam w prezencie książkę o tatuażu z bardzo pięknymi zdjęciami. Pamiętam, że przeglądałam ją spokojnie aż do momentu, gdy ujrzałam zdjęcie tatuażu na nodze, tuż nad kostką. Był to tak piękny motyw roślinny, że w jednej chwili zapragnęłam mieć taką ozdobę. To był impuls i z decyzją nie zwlekałam zbyt długo. Oczywistym jest, że były momenty wątpliwości, ale ilekroć otworzyłam książkę na tej stronie, wątpliwości znikały. Wykonałam tatuaż w lutym w bardzo dobrym, profesjonalnym studiu w Gdańsku.
     Ciekawa byłam reakcji znajomych, bo jeśli chodzi o mnie coraz lepiej czułam się ze swoją ozdobą. Pragnęłam pochwalić się jak najszybciej tym swoim "dziełem sztuki". Musiałam jednak trochę poczekać, bo trzeba przyznać, że tatuaż najpiękniej wygląda na opalonej nodze. Wreszcie doczekałam tego momentu i jakież było moje zdziwienie, gdy większość znajomych pytała czy ten tatuaż nie jest przypadkiem... naklejony. Czułam się takimi pytaniami dotknięta, bo w tej chwili jest on już cząstką mnie i bardzo go kocham,
     Latem, gdy chodzę w krótkich spódniczkach widzę ukradkowe spojrzenia - podoba się chyba wszystkim. Ładnie wygląda, gdy ubiorę buty na wysokich obcasach i czuje się wówczas jakbym miała na sobie najpiękniejszą biżuterię. Ani przez moment nie żałowałam swojego "szalonego" kroku, wręcz przeciwnie - stałam się pewniejsza siebie i młodsza duchem. Nie ukrywam, że jest mi miło gdy ktoś zerka ukradkiem na moją nogę z tatuażem. Trochę szaleństwa, a tyle radości. Czasami warto pójść za impulsem! Całuje Cię serdecznie – Małgorzata.

ANNA

      Bardzo chętnie opowiem w paru słowach o swojej przygodzie z kolczykowaniem. Jestem doktorantką matematyki po trzydziestce. W mojej pracy naukowej nikomu nie przeszkadza mój wygląd. Pracują z młodzieżą, której także mój wygląd nie razi, czasem zaskakuje, ale pozytywnie.
     Kolczyki, przepraszam: moje kolczyki, są dla mnie czymś tak oczywistym i codziennym jak każda cześć ciała. Rzecz, o którą się dba, zmienia jak fryzurę, czy kolor paznokci. Idąc po ulicy prawie zapominam, jaki jest powód niekiedy dziwnych spojrzeń ludzi. Łapię się na tym, że szukam plamy na ubraniu. To jest część mnie, mojego ja. Kolczyki są jak stary, dobry przyjaciel, który zawsze jest blisko, cieszy, poprawia samopoczucie, umila czas. Nigdy ich nie zdejmuję. W chwilach zdenerwowania nie stukam długopisem w stół, tylko bawię się kolczykiem w języku.
     Jak to się zaczęło? Zwyczajnie: większość dziewczynek w szkole podstawowej chce mieć kolczyki w uszach. Ja także miałam, standardowo - po jednym w każdym uchu. Przez szkołę średnią nic się nie zmieniło, dopiero na studiach zaczęłam eksperymentować. Związane to było nie tylko z moimi pragnieniami. Studia rozpoczynałam po Okrągłym Stole, po odwilży, jaka ogarnęła nasz kraj. Odwilży nie tylko politycznej, ale także obyczajowej, kulturowej. Zaczęło docierać coraz więcej informacji o muzyce, modzie, subkulturach, a także tatuażach i kolczykach. Oglądałam, czytałam i spodobało mi się ozdabianie ciała w ten sposób. Mając już tatuaż postanowiłam spróbować założyć sobie kolczyk.
     Pierwszy był w brwi. Niestety ten pierwszy przystopował moje zapędy - ślicznie wyglądał, ale utrzymał się tylko trzy tygodnie. Skóra go nie przyjęła. Od tamtej pory, a trwa to już kilkanaście lat, ten schemat się powtarza. Nowy kolczyk, choćby stalowy, założony w profesjonalnym studiu, wypada po kilku tygodniach lub nawet latach. Dziurka pięknie się zagoiła, a jednak po jakimś czasie - koniec. Straciłam w ten sposób kolczyki miedzy palcami ręki, z brzegu na zgięciu pachy, a nawet w sutkach. Zostały tylko w pępku, nosie, kilkanaście w uszach i w języku.      Przekłuwam te miejsca, które czułam, że chcę mieć z kolczykiem. Zawsze był to nagły impuls: to miejsce i teraz przekłute. Bez oglądania się na innych, bez statystyki czy mody. Od dwóch lat nie mam nowych kolczyków. Ciągłe pielęgnowanie na różne sposoby, nieustanna uwaga by nie zahaczyć, nie pobrudzić... Zmęczyło mnie to bardzo - widocznie tak ma być: moje ciało nie chce tego samego, co moja dusza. Pozostaje mi jedynie przyjemność całowania się z kolczykiem w języku, przyjemność dla mnie i dla mojego partnera.
     Zauważyłam pewną prawidłowość: odkąd pracuję z młodzieżą ta obserwuje mój wygląd i bardzo często go naśladuje. Niestety w przypadku tatuaży jest to poważniejszy problem, bo nie mając pieniędzy robią sobie kiepskie tatuaże, nie w profesjonalnych studiach, tanie i niehigieniczne. W większości wypadków są one także bardzo brzydko zrobione. Z kolczykami jest trochę prostsza sprawa - zawsze można je wyjąć, jeśli zmieni się zdanie. Ale naśladownictwo nie jest wskazane zarówno w tatuowaniu jak i piercingu. Taka decyzja musi być osobista i przemyślana. Dlatego nie zawsze eksponuję moje kolczyki i tatuaże. W tej niewidocznej części są one moją tajemnicą.

MARIA

     Chciałabym napisać choćby kilka słów o moim stosunku do tatuażu, co być może ze względu na mój wiek może być dla wielu osób interesujące.
     Kiedy byłam małą dziewczynką, niewiele, a właściwie nic nie wiedziałam o tatuażu, ale już wówczas coś nieodparcie ciągnęło mnie do ozdabiania skóry. Doskonale pamiętam, że już wtedy poślinionym chemicznym ołówkiem malowałam sobie na ręce zegarek, a na nodze kwiatki. Bardzo lubiłam się tak przyozdabiać. Minęło to wraz z okresem dzieciństwa, ale gdzieś głęboko w podświadomości tkwił chyba jakiś zalążek tatuażu. Przez całe lata było nie do pomyślenia zrealizowanie tej myśli: tatuaż wszystkim, i mnie także, za bardzo kojarzył się ze światem przestępczym, a przynajmniej ze środowiskiem ludzi podejrzanych. Zresztą w Polsce nikt tego nie robił profesjonalnie, a o rodzimym tatuażu artystycznym nikomu się nawet nie śniło.
     Aż tu nagle, w wieku ...dziesięciu lat mam prawdziwy tatuaż! Myślę, że zrobienie go wynika z tej tkwiącej we mnie przez całe dziesięciolecia wewnętrznej potrzeby, z mojego charakteru. Tatuaż jest dla mnie czymś w rodzaju biżuterii - odmładza mnie, dodaje pewności siebie. Oczywiście nie każdy odczuwa potrzebę posiadania tatuażu, jest również sporo takich, którym on się podoba, ale sami nigdy by się na niego nie zdecydowali. Twierdzę jednak, że zależnie od wzoru i miejsca tatuaż pasuje do człowieka w każdym wieku.
     Od czasu kiedy z dumą nosze swój tatuaż na łydce nad kostką miewałam zabawne incydenty. Obracam się głównie w orbicie osób starszych i "szacownych", które różnie na mój tatuaż reagują. Niemal wszyscy mówią, że jest ładny, a nawet ekscytujący, ale wiele osób przeciera oczy ze zdziwienia, że się na niego zdecydowałam, a pewna koleżanka, ku mojemu rozbawieniu martwiła się: "i jak ty teraz z tym obrazkiem pójdziesz do lekarza"? W jej mniemaniu mój tatuaż jest czymś wręcz wstydliwym, zwłaszcza dla statecznej pani w moim wieku. Oto jak głęboko zakorzenione są pewne myślowe i obyczajowe stereotypy...

MYSZA

     Mam 27 lat, wykształcenie wyższe, pracuje jako specjalista do spraw marketingu, jestem mężatką z województwa lubuskiego.
     Moja przygoda z tatuażem i piercingiem zaczęła się kilka lat temu. Pierwszy tatuaż zrobiłam w przełomowym momencie mego życia, kiedy to pewien "stary" rozdział postanowiłam zamknąć i rozpocząć nowy. Tatuaż bardzo mi się spodobał (i do dziś tak jest), zaś ból odczuwany przy jego robieniu okazał się bardzo specyficzny, powiedziałabym - nawet miły. Dalej sprawy potoczyły się "z górki". Lęk przed nakłuwaniem ciała minął, zadowolenie pozostało, zdecydowałam się wiec na kolejny tatuaż. I potem znów kolejny... Chociaż ten ostatni był najbardziej bolesny, z niego właśnie jestem szczególnie dumna, bowiem zamykał kolejny nieudany rozdział mojego pełnego rozczarowań żywota. Wówczas zapragnęłam czegoś innego. Szybko przeprowadziłam wywiad gdzie w moim mieście można dokonać bezpiecznego zabiegu przekłucia pępka. Znajomi i przyjaciele pukali się w czoło komentując: "Co ci znów strzeliło do głowy dziewczyno?" Jednak zrobiłam to i muszę przyznać, że znów poczułam pewien rodzaj dumy. Uczucie, że jest się innym, że ja mam coś, czego nie mają inni, było wspaniałe. Nie miałam i nie mam jednak w zwyczaju chwalić się wszystkim dookoła, że noszę na ciele trzy okazałe tatuaże i piękny kolczyk w pępku. To jest tylko moje, cieszy mnie, bo stanowi kawałek mojego ciała, którego nie można jak płaszcza zdjąć i odwiesić do szafy.
     Nigdy nie usiłowałam nikogo naśladować, pomysły na tatuaż i kolczyk w pępku po prostu przyszły same. Tatuaże pozostały niezmienne w swych kształtach i odcieniach. Staram się dbać o swoje ciało wiec dbam tym samym i o nie. Kolczyków do pępka mam kilka. Wszystkie wykonane są z tytanu, okazało się bowiem w trakcie noszenia, że jestem uczulona na stal chirurgiczną. Ich kształty i kolory są różne. Są piękne i tajemnicze. Początkowo mój mąż chciał abym wyjęła kolczyk i nigdy go więcej nie nosiła. Bał się, że noszenie go może w jakiś sposób zrobić mi krzywdę. Teraz wie, że lubię ten mój kolczyk. Specjalnie dla męża kupiłam malutkie kółeczko, które w żaden sposób nie podrażnia ciała i jest szczególnie wygodne w pracy, odzie obowiązuje mnie strój elegancki i reprezentacyjny, a wiec nie zawsze swobodny.
     Myślę, że nie zdecyduje się więcej ani na tatuaż, ani na dodatkowy kolczyk. Miejsca na moim ciele, które chciałam zapełnić, są już "zagospodarowane" i to mnie w pełni satysfakcjonuje. Nie podobają mi się kolczyki w miejscach intymnych, zarówno u kobiet jak i mężczyzn, sama nie zgodziłabym się na taki zabieg. Nie tam!!!
     Reasumując chciałam powiedzieć, iż według mnie robienie nowych tatuaży i nieustanne kolczykowaniu ciała nie stanowią panaceum na złe samopoczucie czy "dołek psychiczny". Takie działanie może stać się swego rodzaju nałogiem (w przenośni oczywiście). Należy być pewnym swojego wyboru, bo o ile kolczyk można wyjąć i nigdy więcej go nie nosić, to tatuażu nie zetrze się pumeksem.
     Moje tatuaże, podobnie jak kolczyk wiązały się z jakimiś szczególnymi okresami mojego życia. Nie stanowiły jednak lekarstwa dla duszy, raczej przypominały o tym, co się wydarzyło, a były to zarówno chwile pełne goryczy, jak i szczęścia.
     Ponadto ważna jest tu także kwestia estetyki, bo czy bezmyślne, przypadkowe wzory tatuaży mogą zdobić? Czy kolczyki powciskane we wszystkie niemal zakamarki naszego ciała są takie piękne? Jest to oczywiście rzeczą gustu, jednak mnie się to bardzo, ale to bardzo nie podoba.
     Sztuka tatuażu i piercing służą zdobieniu ciała a nie jego zeszpeceniu, dlatego też należałoby bezwzględnie przestrzec wszystkie osoby, które chcą ozdobić swoje ciało kolczykiem (lub kolczykami), aby udały się tylko do profesjonalnego studia, bowiem tylko tam zabieg zostanie przeprowadzony higienicznie i we właściwy sposób. Tam też można uzyskać poradę jaki kolczyk nosimy w jakim miejscu i jak pielęgnować przekłute miejsce, aby nie dopuścić do podrażnień i powikłań. Ja miałam szczęście trafić do takiego właśnie studia i dzięki temu uniknęłam ewentualnych kłopotów.

DAGMARA

     Mam 24 lata, skończyłam liceum handlowe, mieszkam w Gdańsku. Kolczyki fascynowały mnie "od zawsze", chociaż nie mam pojęcia, jakie motywy leżały u podstaw tego zainteresowania. Zresztą nigdy się nad tym nie zastanawiałam. Pamiętam natomiast doskonale, że jeszcze w szkole podstawowej po powrocie do domu zdarzało się, że zamiast odrabiać lekcje siadałam przed lustrem przekłuwając sobie kolejne miejsca w uszach czy na nosie, co oczywiście wzbudzało duże niezadowolenie rodziców i nauczycieli.
     Zdarzyło się, że kiedyś, już znacznie później, natknęłam się na pisma o tatuażu i o kolczykowaniu. O wiele bardziej spodobały mi się gładkie stalowe kolczyki, które tam zobaczyłam od tych, które nosiłam do tej pory. Stopniowo zaczęłam "montować" sobie nowe ozdoby w nietypowych miejscach, teraz już w profesjonalnym studiu, do którego po raz pierwszy poszłam żeby przekłuć sobie język. Niektóre pomysły na kolejne kolczyki podpatrzyłam u innych, ale większość wymyślałam sama. Wszystkie stare kolczyki wymieniłam także na te nowe, które tak bardzo mnie ujęły,
     Nie zakładam kolczyków na szczególne okazje. Po prostu zakładam je tam gdzie w danej chwili mam na to ochotę i już tam zazwyczaj zostają na stałe. A "obciążenie" mam dość spore, ponieważ w uszach, w tulejach rozciągających o średnicy 14 milimetrów noszę ogromne kolczyki o grubości 8 mm. i wewnętrznej średnicy 19 mm. Są to tak zwane "circular barbels", które są naprawdę ciężkie. Oprócz tego w obu uszach mam przekłucia typu "tragus" z malutkimi kółeczkami. W prawym uchu przekłucie "industrial" polegające na przekłuciu jednym długim kolczykiem dwóch miejsc w uchu, a w lewym dodatkowo dwa przekłucia typu "helix" - jedno z kolczykiem barbel, drugie z kółeczkiem. U nasady nosa noszę kolczyk barbel, a w przegrodzie nosowej kółeczko. W dolnej wardze mam dwa kolczyki, jeden pod drugim (kółko i typowy "labret"), a w wiązadełku pod górną wargą noszę kółeczko, W języku noszę dwa kolczyki barbel, a w wiązadełku pod językiem także kółeczko. Mam również przekłute kolczykami barbel oba sutki, a w pępku nosze trzy kółeczka, jedno koło drugiego. To już - jak na razie - wszystko.
     Póki co nie mam jeszcze kolczyków w miejscu intymnym, ale kiedy zrobię sobie tego typu przekłucia również nie będę z nich wyciągała kolczyków, na przykład przed badaniem lekarskim,
     Plany cały czas powstają - jedne realizują się szybciej, inne wolniej, ale nieustannie szukam nowych ciekawych możliwości przekłucia ciała. W tej chwili moim najbliższym "pragnieniem" jest przekłucie policzków.
     Niektórzy mówią "o wewnętrznym przymusie" kolczykowania. Trudno to chyba nazwać przymusem, ale jednak u mnie przychodzi taka chwila, w której zaczynam myśleć o jakimś nowym przekłuciu, czy rozciągnięciu istniejącej dziurki - po prostu bardzo chcę to zrobić. Czasami od momentu, kiedy o tym pomyślę do momentu zrobienia upływa jakiś czas, ale bywa, że impuls jest tak silny, że robię to od razu. Kiedy jest już po wszystkim na jakiś czas mam odczucie satysfakcji i "zaspokojenia".
     Nigdy nie zastanawiałam się jak traktuję moje kolczyki, może dlatego, że są ze mną od zawsze. Nie chce tu pisać wielkich słów, że kolczyki są "częścią mnie". Kiedy patrzę w lustro nie patrzę na siebie z myślą, że mam kolczyki tu, czy tu. Patrzę na swoje odbicie i widzę po prostu siebie. Wiem jednak, że bez kolczyków czułabym się strasznie łyso i brzydko. Kiedy założę sobie nowy kolczyk odczuwam ogromną satysfakcję: mam wówczas tak dobre samopoczucie jak mało kiedy.
     Myślę, że mój zewnętrzny wizerunek nie jest zbyt dobrze odbierany przez otoczenie. Codziennie muszę się borykać z dziwnymi uwagami na mój temat. Jednak myślę, że mimo to, pomijając tradycjonalistów oraz osoby sędziwe, (chociaż i tu są wyjątki), nastawienie do tego rodzaju ozdób na ciele bardzo powoli ulega zmianie i ma coraz większą akceptację. Na ulicy z dnia na dzień można spotkać coraz więcej ludzi z takimi właśnie ozdobami, staje się to jakby "sprawą normalną". Co innego, gdy rozpatrujemy to pod względem kontaktów zawodowych, gdzie ciągle mamy do czynienia z niezrozumieniem i dyskryminacją, co miałam okazję poznać na własnej skórze.
     Na koniec pragnę powiedzieć, że obecnie używam wyłącznie atestowanych kolczyków ze stali chirurgicznej lub tytanu, a przekłuwam się jedynie w profesjonalnym studiu, gdzie wiedzą jak i czym się to robi, a co najważniejsze zapewniają absolutną higienę zabiegu.

ELŻBIETA

     W internecie natknęłam się na informacje o mającej powstać książce na temat tatuażu i piercingu i postanowiłam się przyczynić do jej "porodu". Myślę, że takie wydawnictwo zainteresuje wielu ludzi, chociaż łatwo sobie wyobrazić, że wielu będzie także oburzonych. Ale tych ostatnich nie brakuje niezależnie od tematu, więc nie ma co się nimi przejmować.
     Zacznę od początku. Odkąd sięgam pamięcią, zawsze chciałam nosić kolczyki, pamiętam także, że pierwsze założyła mi babcia domowym sposobem przy pomocy zwykłej igły i kartofla. Miałam wówczas 6 lat, a w połowie lat pięćdziesiątych noszenie kolczyków należało raczej do rzadkości. Nosiły je głównie starsze kobiety, a w modzie było raczej maltretowanie uszu przy pomocy zacisków od klipsów. Od tego czasu nigdy nie rozstawałam się z kolczykami, były jakby rodzajem mojego talizmanu. W Polsce wówczas nikomu nie przyszłoby do głowy, że można w uszach nosić więcej niż parę kolczyków. Do tego stopnia, że kiedy podczas urlopu w Międzyzdrojach w 1972 zobaczyłam u pewnej pani dwa kolczyki w jednym uchu po prostu oniemiałam. Dzisiaj to śmieszne, ale wówczas naprawdę tak było. Sama na drugi kolczyk zdecydowałam się dwa lata później podczas pobytu w Londynie, gdzie takie ozdoby były już na porządku dziennym.
     Od ponad dwudziestu lat najchętniej nosze kolczyki duże i ciężkie. Lubię, kiedy są widoczne, lubię także czuć, że je mam, lubię jak przy gwałtowniejszych ruchach głowy delikatnie pociągają za płatki. Właśnie dwadzieścia lat temu udało mi się spełnić moje marzenie: kupiłam ogromne "cygańskie" korale i do dziś rzadko się z nimi rozstaję, chociaż tego rodzaju kolczyki są obecnie poza Podhalem całkiem niemodne i zupełnie niespotykane.
     Tu musze się podzielić pewnym doświadczeniem, które być może komuś się przyda. Otóż nosząc te moje ulubione korale zauważyłam po pewnym czasie, że uszka kolczyków "przecinają" mi płatki - dziurki stawały się nie tyle większe, co wydłużone. Zaradził temu pewien znajomy jubiler, który w miejsce istniejących przymocował do złotej oprawy korali nowe uszka grubości 2,5 milimetra. Od tego czasu "przecinanie" płatków ustało i w ciągu kilkunastu lat nie dzieje się nic niepokojącego. Oczywiście trzeba pamiętać, aby takie ciężkie kolczyki koniecznie zdejmować na noc. W lewym uchu obok "głównego" kolczyka noszę od kilku lat dwa maleńkie koraliki na sztyftach, co ponoć tworzy interesującą kompozycję. W każdym razie mnie i mężowi bardzo się ona podoba.
     A teraz o przygodzie z kolczykami, która samą mnie zaskoczyła. Dwa lata temu podczas pobytu u przyjaciółki we Francji zetknęłam się u niej z kolczykami w brodawkach sutkowych. Przyznam, że byłam tym zachwycona, chociaż początkowo patrząc na nie dostawałam "gęsiej skórki". Ale fascynacja tą ozdobą narastała, opanował mnie prawdziwy bzik na punkcie kolczyków w tym miejscu, chociaż ze strachu przed bólem przekłuwania odkładałam zabieg przez niemal rok. Dwukrotnie chodziłam do studia tatuażu gdzie fachowo zakładali takie kolczyki i dwukrotnie spanikowałam -uciekłam niemal spod igły. Kiedy jednak w jakimś piśmie zobaczyłam umocowane na brodawkach piękne "szyIdziki", klamka zapadła: musze takie mieć!
     Ku mojemu zdumieniu ból nie był wcale tak wielki, na jaki się nastawiałam. Samo przekłucie trwało dosłownie kilka sekund, a po trzech minutach miałam już w obu brodawkach zakończone kulkami tytanowe "kołeczki". Właściwie dużo więcej było strachu przed bólem niż samego bólu. Dziurki idealnie zagoiły się po 4 tygodniach, nie było najmniejszych komplikacji, być może dlatego, że pieczołowicie stosowałem wodę utlenioną i specjalną maść przyspieszającą gojenie. Po miesiącu mogłam już założyć na brodawki wymarzone "szyIdziki" w kształcie subtelnych rozetek, co wygląda rewelacyjnie, a u męża wzbudza do dziś prawdziwy entuzjazm.
     Czasami łapię się na tym, że jako nastolatce, maturzystce, a później studentce, nawet we śnie nie wyśniłyby mi się takie ozdoby. Cóż, inne czasy, inne obyczaje. A swoją drogą na taką ozdobę spokojnie mogłam się zdecydować dopiero teraz, kiedy nie czeka mnie już karmienie piersią. Bardzo się z tej decyzji cieszę, kto wie czy nie bardziej niż z pierwszych kolczyków w uszach, chociaż to było zupełnie co innego.
     Na koniec musze się przyznać, że od pewnego czasu coraz natrętniej nawiedza mnie myśl: a gdyby tak założyć dyskretne kółeczka w wargach sromowych? Podobno przekłucie jest mniej bolesne niż to w brodawkach, a gojenie trwa krócej. Oj kreci mnie coś, kręći...

EWA I ARTUR

     Chyba trzy lata temu, jeszcze jako narzeczeni, studenci IV roku anglistyki, wybraliśmy się do studia tatuażu. Koniecznie chciałam mieć delikatną "bransoletkę" na nadgarstku, Artur poparł ten pomysł i postanowiliśmy go szybko zrealizować.
     Czekając na moją kolejkę wertowaliśmy katalogi z wzorami tatuaży i ...biżuterią intymną, zdjęcia kolczyków założonych w różnych "dziwnych" miejscach. Chwilami byliśmy zszokowani, ale generalnie nawet się nam to podobało, jako coś nieszablonowego, oryginalnego, zaskakującego. Taka fajna nowość w świecie sztampy i stereotypów,
     W ciągu godziny moja "bransoletka" była gotowa. Wypadła rewelacyjnie: subtelny wzór, delikatny rysunek, perfekcyjne wykonanie. To było to! Ucieszeni jak dzieci wróciliśmy do domu.
     Po dwóch tygodniach, kiedy po raz chyba setny podziwialiśmy całkowicie już wygojoną ozdobę mojego przedramienia, Artur zapytał jakby mimochodem, czy pamiętam katalogi piercingu i kolczyków oglądanych w studiu. Myślałam o nich wielokrotnie, ale odpowiedziałam obojętnie: owszem, pamiętam.
     Przywykłem już do wielu "zwariowanych" pomysłów Ewy, z których słynie wśród przyjaciół i znajomych, ale mimo tego trochę bałem się jej to zaproponować. Niby bez żadnej emocji wykrztusiłem wreszcie: wiesz, nie chce żadnych tradycyjnych obrączek; ja założę złote kółko w brodawce, a ty takie samo w napletku łechtaczki. To będą nietypowe, całkiem nasze "tajne obrączki ślubne". Wyłącznie dla nas. Nie będę bujał: bałem się Jej reakcji, ale kupiła mój pomysł tak, jakby na niego czekała. Za trzy dni byliśmy już w tym samym studiu.
     Bałam się koszmarnie! Chciałam pójść na pierwszy ogień, aby mając to już za sobą obserwować reakcje Artura. Pewnie ze strachu nie bardzo pamiętam jak to się właściwie stało, ale kiedy było "po herbacie" byłam zdziwiona, że to już, ale jeszcze bardziej dziwiłam się, że to zrobiłam. Mam wprawdzie koleżanki z kolczykami w pępku, ale żeby tu? Naprawdę sobie nie dowierzałam,
     l u Ewy i u mnie dziurki goiły się "jak na psie". Obecnie jesteśmy półtora roku po ślubie. Ja mam już złote "barbele" w obu brodawkach, Ewa do kółka w napletku dodała dwa dalsze w wewnętrznych wargach sromowych. Nie będę się o tym rozpisywał, bo kto tego nie doznał i tak nie zrozumie. Nasze "tajne obrączki ślubne" są pod każdym względem odlotowe i to nie tylko dlatego, że pięknie wyglądają.

Tak trzymać!

     No i stało się! Widać to coraz wyraźniej w studiach tatuażu, ale także w miejscach publicznych, latem na ulicach i plażach, wszędzie, gdzie przy dobrej pogodzie można sobie pozwolić na skromniejszy przyodziewek i pokazać więcej niż twarz, dłonie i stopy.
     Stało się - tatuaż zyskał w Polsce prawo obywatelstwa, wydobył się z kręgów subkulturowych, z którymi go niemal wyłącznie kojarzono, coraz skuteczniej zrzuca z siebie piętno "kryminalnej dziargi". Interesujące, perfekcyjnie wykonane tatuaże oraz ich rosnący poziom artystyczny, coraz śmielej torują im drogę do tych grup społecznych, które jeszcze kilka lat temu odżegnywały się od nich wzruszeniem ramion, uśmieszkami politowania lub pukaniem w czoło.
     Stało się, że tatuaż coraz częściej... nobilituje jego posiadacza. Wiem to także z własnego doświadczenia, z licznych reakcji "normalnych" ludzi, z opinii niedawnych zagorzałych przeciwników "wiecznych obrazków", którzy w tatuażu zaczęli dostrzegać coś więcej niż znak przynależności do wąskiej, nie zawsze przez nich akceptowanej grupy subkulturowej. W świecie zachodnim - nic nowego, ale nad Wisłą - początek rewolucji.
     Po ukazaniu się książki "Tajemniczy świat tatuażu" do wydawnictwa i autorów przyszło wiele listów, których autorzy dzielili się swymi refleksjami, uwagami, wątpliwościami. Wiele było w nich fascynacji tatuażem i opisów wrażeń, jakie u różnych osób przyniosło jego pozyskanie. Wrażenia te były z reguły pozytywne, chociaż różnie je nazywano. Być może będzie niebawem okazja, aby wiele z tych interesujących listów przytoczyć w nowym, rozszerzonym wydaniu "Tajemniczego świata tatuażu".
     Autorów książki szczególnie ucieszył pewien charakterystyczny rys, powtarzający się w otrzymanych listach. Zdecydowana więszość z nich napisana została przez ludzi pod każdym względem "najnormalniejszych" w świecie. Nie zaliczają się oni do żadnej z grup subkulturowych, w których tatuaż jest niemal rytuałem, nie pasjonują się "mocną" muzyką, nie wyróżniają szokującym strojem, uprawiają "poważne" zawody, zajmują szacowne stanowiska i trudno ich posądzić o ekstrawagancję. A jednak w tatuażu znaleźli to "coś", co ich zafascynowało i przyniosło wiele zadowolenia.
     Wielu z autorów, a zwłaszcza autorek nadesłanych listów zwraca uwagę na interesujący aspekt sprawy, który najtrafniej określiła pewna pielęgniarka:
     "Od dawna pragnęłam mieć tatuaż, ale powstrzymywała mnie świadomość, że zaliczy mnie on do tych grup młodzieży, z którymi się nie utożamiam i nie chcę być do nich zaliczana. Przełom nastąpił za sprawą pewnej pacjentki, którą trudno zaliczyć do młodzieży, osoby pod każdym względem na "topie", dumnej ze swego pięknego tatuażu. Pomyślałam wówczas, że tatuaż wcale nie musi być "pieczątką przynależności" do czegokolwiek, że po prostu może być mój. Już go mam i także jestem z niego bardzo dumna. Nawiasem mówiąc bez porównania częściej słyszę zachwyt nad jego artystyczną urodą niż sceptyczne uwagi".

     Podobna myśl przejawia się w wielu innych listach. Ich autorzy chcieli mieć tatuaż dla samego tatuażu, a nie jako symbol przynależości do czegokolwiek. Podobnie myślących jest coraz więcej, a im więcej ich będzie, tym lepiej będą postrzegani przez "opinię publiczną" i tym skuteczniej będą wpływali na wzrost tolerancyjności społczeństwa, tolerancyjności, której u nas w każdej dziedzinie życia ciągle tak mało.
     Myślę, że powinny to zauważyć studia tatuażu, z natury rzeczy oblegane przez ludzi "z branży". Zauważyć i zrozumieć, że przyszłość tatuażu w Polsce (a co za tym idzie przyszłość tatuażystów) będzie coraz bardziej zależała od ludzi "normalnych". To właśnie wśród nich są setki tysięcy platonicznych miłośników tatuażu, których przed jego zrobieniem powstrzymywała obawa przed "zaszufladkowaniem", przed zaliczeniem do tych grup społecznych, które nie cieszą się specjalnym uznaniem.
     Myślę, że ta grupa będzie się rozszerzała, a już dziś widać, że wśród prawdziwych miłośników tatuażu występuje zjawisko toczącej się po zboczu kuli śniegowej. I bardzo dobrze - tak trzymać!

                                                                                                                                                A.M.
 

Zostań współautorem książki o piercingu!

     Po wydaniu książki "Tajemniczy świat tatuażu", która spotkała się z wielkim zainteresowaniem Czytelników,otrzymaliśmy mnóstwo listów, telefonów i e-maili z sugestiami, aby opracować podobną pozycję, której tematem byłoby body piercing. Kolczykowanie ciała nadal robi w Polsce karierę, nieustannie rośnie rzesza jego miłośników,a bardzo wiele osób przed podjęciem decyzji o przekłuwaniu chciałoby się o nim jak najwięcej dowiedzieć. Wprawdzie teksty na ten temat można ostatnio znaleźć w internecie, ale są one rozproszone, często na bardzo niskim poziomie, a wiele z nich zawiera błędy i wskazówki domorosłych "przekłuwaczy", które w przypadku ich zastosowania w praktyce mogą przynieść przykre konsekwencje.

     Mocną stroną książki o tatuażu w odczuciu Czytelników okazały się autentyczne relacje tatuowanych, ich refleksje na temat motywów decyzji o wytatuowaniu ciała i życia z tatuażem w nie zawsze tolerancyjnym otoczeniu. Chcielibyśmy na tej samej zasadzie oprzeć książkę o piercingu: pragniemy zebrać jak najwięcej relacji osób, które weszły w świat piercingu, uległy jego fascynacji i włączyły kolczyki w swoje "ja".

     Będziemy wdzięczni za Wasze refleksje na ten temat. Im więcej ich będzie, im szczerzej opiszecie swą przygodę z piercingiem, tym lepsza będzie książka i tym bardziej przydatna dla tych, którzy o kolczykach myślą, ale niewiele na ten temat wiedzą. Aby ułatwić Wam zadanie, proponujemy coś w rodzaju konspektu porządkującego temat; pytania sformułowane są w rodzaju żeńskim, ale dotyczą oczywiście obu płci.

  1. Od czego i w jakich okolicznościach zaczął się Twój piercing? Czy potrafisz określić motywy, jakie skłoniły Cię do przekłuwania ciała i noszenia kolczyków?
  2. Co spowodowało, że tradycyjne kolczyki w uszach stały się dla Ciebie banalne i nie wystarczające, nawet, jeśli było ich kilka lub kilkanaście?
  3. Czy w zakładaniu kolejnych kolczyków po prostu naśladowałaś innych, czy także sama wymyślałaś nowe miejsca do przekłuwania?
  4. Opisz swoje kolczyki. Ile, gdzie i jakie kolczyki nosisz. Czy używasz ich stale, czy zakładasz na szczególne okazje? Gdzie lubisz je nosić najbardziej?
  5. Czy kiedykolwiek odczuwałaś coś w rodzaju "wewnętrznego przymusu" aby przekłuć kolejną dziurkę i założyć jeszcze jeden kolczyk? Czy korciło Cię, aby powiększać dziurki i umieszczać w nich coraz grubsze i cięższe kolczyki?
  6. Czy kolczyki traktujesz jedynie jako ozdobę ciała, czy może nosisz je także z innych powodów? Jakich?
  7. Czy Twoje kolczyki wiążą się w jakiś sposób z sexem i życiem erotycznym? A co sądzi o tym Twój partner lub partnerka?
  8. Czy kolczyki w miejscach intymnych są Twoją tajemnicą, czy też lubisz się nimi pochwalić? Czy nosząc biżuterię intymną zdejmujesz kolczyki przed badaniem lekarskim lub wizytą w saunie?
  9. Czy masz jakieś plany powiększenia swojej "kolekcji" kolczyków? Czy marzą Ci się jakieś nowe, całkiem niezwykłe miejsca do ich noszenia?
  10. Co sądzisz o wpływie kolczyków na psychikę. Pewna pani (42 lata) napisała: "dawniej, kiedy byłam w psychicznym dołku, kupowałam jakiś ciuszek lub zmieniałam kolor włosów, teraz chwytam za igłę i zakładam nowy kolczyk. Nie do wiary, jak to pomaga!"
  11. Co możesz powiedzieć o reakcji otoczenia na Twoje kolczyki noszone w "niezwykłych" miejscach? Jak są one odbierane w kontaktach towarzyskich i zawodowych? Czy pod tym względem coś się zmienia?
  12. Kto i w jakich okolicznościach zakładał Twoje kolczyki? Robisz to sama, czy korzystasz z usług profesjonalistów gwarantujących pełną fachowość, aseptykę i bezpieczeństwo zabiegu oraz używasz kolczyków atestowanych (stal chirurgiczna, tytan, niob, wysokokaratowe złoto)?

     Odpowiedzi mogą być oczywiście anonimowe (pseudonim), ale interesuje nas wiek, wykształcenie, pozycja społeczna, wykonywany zawód. Prosimy również o uwagi osobiste które wykraczają poza sugestie konspektu. Będziemy wdzięczni za zdjęcia, ale zamieścimy tylko bezbłędne technicznie.

     Dziękujemy. Mamy nadzieję, że Wasze uwagi przyczynią się do powiększenia grona fanów piercingu i biżuterii intymnej.



WYDAWNICTWO "BRYZA"

Listów z wypowiedziami /ewentualne zdjęcia/ oczekujemy pod adresem:
WYDAWNICTWO "BRYZA"
83-422 NOWY BARKOCZYN 105
tel. (058) 688-20-72



PukPuk | Studio | Galeria | Sztuka Tatuażu | Piercing | Linki | Kontakt